Każdy ma swój własny "złoty środek"

Wstaję rano wypoczęta po całych 3-4 godzinach snu - toż to totalna rozpusta! Czuję się jak na wiecznych wakacjach. Z uśmiechem na twarzy witam Jego. Do godziny 14:00 mam spokój, spoglądam od czasu do czasu na moje samodzielne dzieci i kontempluję. Co najmniej na godzinę przed 15:00 w naszym domu nastaje jednak  chaos - to właśnie ten moment, w którym szykujemy się na wielki powrót. Obiad już prawie gotowy, stół nakryty, dzieci odświętnie ubrane, dom wysprzątany na błysk. Wplatam ręcznie zrobioną wstążkę we włosy, ubieram kieckę od której zawiewa dużą dawką optymizmu i to wszystko musi być gotowe przynajmniej na godzinę 14:45. Potem następuje odpoczynek i to nie taki zasłużony a w imię większej ideii. Zegar wybija 15 a do domu wchodzi On - mój zapracowany mąż, ojciec moich  dzieci. Tymek i Zosia witają się dystyngowanie skinieniem z tatą i zmierzają do swoich dziecięcych obowiązków. To wszystko dzięki temu, że wytłumaczyłam 3,5 letniemu Tymkowi i 7 miesięcznej Zosi jak WAŻNE jest żeby absolutnie nie zawracały  głowy zmęczonemu po ciężkim dniu pracy tacie.

Cooo !? To chyba jakieś żarty ;)

Cofnijmy się jeszcze raz do początku: Kiedy dzieci otwierają rano oczy to od razu zwiastuje to nadejście chaosu. To co tak skrupulatnie sprzątałam dnia poprzedniego odeszło już dawno w zapomnienie. Mogę  tylko próbować przywołać sobie to piękne wspomnienie w pamięci. Czasami brak mi sił i czasu na zrobienie obiadu. Jedno dziecko wisi na nodze (i to dosłownie) a drugie przy nodze koczuje. Odkąd zjedli śniadanie resztki pokarmowe można dostrzec nie tylko na ich ubraniach ale także i w zakamarkach ich ciałek !! Co najmniej na godzinę przed 15:00 jestem już na skraju wyczerpania fizycznego i nerwowego a o 14:45 rozbijam obozowisko przy drzwiach w oczekiwaniu że ktoś w końcu przez nie przejdzie i zajmie się dziećmi dając  tym samym chwile wytchnienia. Nadchodzi 15:00 a do domu wkracza On !!! Nareszcie jest !!! W domu rozbrzmiewają radosne wrzaski dzieci - tata wrócił z pracy a ja patrzę  z tą nadzieją w oczach, że nastał moment symbolicznego przekazania. TAk teraz to On będzie sprawował pieczę nad zwariowaną dwójką  a przynajmniej zabierze od ode mnie chociaż cząstkę obowiązków.

Która rzeczywistość brzmi bardziej realnie ?

Natrafiłam ostatnio w sieci na fragment podręcznika w którym pisano jak być dobrą żoną a pochodzi on z 1960 roku  - "Jak być dobrą żoną: gdy mąż wraca z pracy, powinnaś mieć gotowy obiad; planuj, nawet dzień wcześniej, co dobrego ugotować, aby nie spóźnić się z przygotowaniem posiłku. Należy się przygotować: odpocznij przez kwadrans, a dzięki temu, kiedy mąż wróci, będziesz wyglądać świeżo. Popraw makijaż, wpleć wstążkę we włosy. On spędził dzień wśród zapracowanych ludzi. Ty bądź nieco bardziej interesująca. Po nudnym dniu być może będzie potrzebował nieco podniesienia na duchu. Postaraj się namówić dzieci, aby były cicho. Nie narzekaj, jeśli spóźni się na posiłek".

Zaczęłam wtedy zastanawiać się gdzie tu doszukiwać się partnerstwa i czy w ogóle warto podejmować takie próby.  Czy to były czasy : ku chwale mężowi i czy w naszych realiach nadal istnieją takie założenia ?

Opowiedziałam kiedyś według mnie zabawną historię na fb , której głównym bohaterem był mój mąż i jego perypetie tuż po wybudzeniu go ze snu do Zosi w środku nocy..  Nie spodziewałam się, że post wywoła tyle emocji a przy najmniej nie spodziewałam się, że to będą takie emocje i że stanie się bodźcem do rozpoczęcia dyskusji o podziale ról i obowiązków w domu. I tak właśnie po jednej stornie stali Ci którzy ubolewali nad losem mojego męża, którego ja „niepracująca” siedząca w domku żona  angażuję w nocne życie naszych dzieci a po drugiej Ci, którzy taką właśnie pomoc ze strony drugiej połówki uważali za fajną  a wręcz słuszną. To jednak nie to utwierdziło mnie w tym, że  postrzeganie matki wychowującej dzieci jako tej niepracującej i wypoczywającej nie jest wcale takie rzadkie. Odwiedziny mojego już dorosłego kuzyna ostatecznie otworzyły mi oczy.  Tego pamiętanego dnia usłyszałam : "Piotr ma prawo być zmęczony i nie mieć siły wstawać w nocy do Zosi bo on przecież pracuje". Będąc w "lekkim" szoku i nie dowierzając w to co właśnie usłyszałam zaczęło do mnie docierać, że dla niego ja jako nieczynna zawodowo  prawa takie nie posiadam ? albo posiadam ale jakoś zdecydowanie mniej ;) Zastanawia mnie tylko czy jego postrzeganie rzeczywiście zmieniłoby się gdybym do tej  pracy chodziła ...

Fakt nie wstaję rano żeby przyszykować się do wyjazdu/wyjścia ale wstaje nierzadko wcześniej bo jedno dziecko po mnie skacze a drugie płacze bo mu się nudzi i chce na ręce. Nie siedzę po 8 godzin przy biurku, nie wykonuje żadnej pracy zawodowej ale biegam za dziećmi i staję na głowie żeby dzieci przeszły przez ten dzień bez szwanku i na dodatek były zadowolone a dom przy tym nie wyglądał jak po przejściu tornado (z tym jest jednak zdecydowanie trudniej).  Zapewniam też, że nie siedzę z nogami w górze, nie czytam książek z filiżanką kawki/herbatki w ręce,  nie oglądam tv ani nie wykonuje żadnych innych czynności, które mogły sprawić, że przez te 8 godzin zdążę wypocząć, zrelaksować się czy choćby złapać mikrooddech :)

U nas w domu od początku mieliśmy wspólne ustalenia, że każde z nas równo angażuje się w życie naszych dzieci i to zarówno te dzienne jak i  nocne. Założenia te skrupulatnie realizujemy mając jednocześnie poczucie, że to to wyjście dla nas obojga jest wręcz idealne ;) A jak u Was wygląda podział obowiązków ? 


Mama Tymka i Zosi

Komentarze

Popularne posty