Lepiej pozostać zdrowym … ;)

Znacie może reklamę: „Mamy nie biorą zwolnienia” ? Zapewne, któregoś razu podczas oglądania filmu przeplatanego reklamowymi przerywnikami lub bardziej poprawnie reklam poprzeplatanych filmowymi wstawkami przewinęła się Wam przed oczyma.  Łączy ona tragizm i komizm w jednym.
Jeszcze za czasów ciążowych nie do końca byłam tego świadoma,  bo suma summarum nie znałam innego sposobu kurowania się jak tylko ten „wygrzewaniono-kołderkowy”. Wystarczyła jednak jedna chwila, jedno przeziębienie aby w pełni zrozumieć głębie tej reklamy. Dziś gdy na nią patrzę nie wywołuje już uśmiechu na mojej twarzy a pełne zrozumienie – kiwam wtedy głową na znak solidarności ze wszystkimi mamami na świecie ;) Bycie chorym z dzieckiem niesamodzielnym nie potrafiącym wykonać  podstawowych czynności takich jak choćby:
  1. przebrać pieluchę względnie wysadzić się na nocnik lub po prostu iść do toalety,
  2. zrobić/podgrzać/wyciągnąć z lodówki pożywienie dające przetrwanie w chwilach głodu,
  3. nalać/zaparzy/wypić z ‘”gwinta” jakikolwiek napój zapewniający ulgę gdy pojawi się pragnienie,
  4. zająć się sobą bez konieczności przebywania w każdej sekundzie w jego otoczeniu osób trzecich,
jest równoznaczne z mękami !
Stwierdzam nawet, że dzieci wyczuwają twoją słabość i stają się bardziej marudne, nadaktywne i co gorsza jakby bardziej ZŁOŚLIWE … Hmmm a może to tylko Nasza niemoc sprawia, że to co zwykle wzięlibyśmy za standard w gorszych chwilach urasta do rangi wyzwania… :) W końcu nie czarujmy się ale  nawet bez obecności  dziecka w swojej schorowanej przestrzeni życiowej wszystko staje się bardziej denerwujące, drażniące i źle wpływające na Twoje samopoczucie bo przecież jedyne czegoś się pragnie to ODROBINA SPOKOJU.
Jeżeli jednak myślicie, że nie ma nic gorszego od chorowania z dzieckiem w domu a raczej „na karku” to się grubo mylicie – a co byście powiedzieli na to gdyby oprócz Was złapało coś i Wasze dziecko ? Wtedy właśnie pojawia się myśl przewodnia całego procesu chorowania – kogo pierwszego „reanimować” siebie czy owego potomka? Stosując się jednak do zasady, że jak padniesz plackiem bez grama sił na ziemię to wtedy Twoje dziecko będzie musiało przejść błyskawiczny kurs powyżej wymienionych pkt  1,2,3 i 4 to jednak postanawiasz łyknąć garść proszków „podtrzymujących” Cię przy życiu, starasz się ulżyć swojemu dziecko w chorobie i czekasz z utęsknieniem na wybawienie w postaci domownika powracającego do domku z pracy. Zniecierpliwiona spoglądasz na zegar zawieszony  na ścianie i już wiesz, że tego felernego dnia wszystko sprzysięgło się przeciwko Tobie – bo czy można to odebrać inaczej niż jako  złośliwość skoro uporczywie pokazuje wciąż tę samą godzinę a dla Ciebie minęła już cała wieczność ?
Gdy jednak ktoś już pojawi się na Twoim horyzoncie rzucasz mu się do stóp patrzysz na niego jak na bohatera („Zostań bohaterem swojego domu” – hahaha) , który przybył aby uwolnić Cię z okowy dziecięco- chorobowego reżimu  i ze łzami w oczach w końcu doceniasz to jak wielki wkład w wychowanie Twojego dziecka ma :) 


Mama Tymka 

Komentarze

Popularne posty